Odkrywanie charyzmatycznych osobowości dla Królestwa Bożego

Mariusz Muszczyński

Story

 

 

 

Ciekawe to czasy. Oszaleliśmy na punkcie talentów, ludzi wcześniej nieznanych, bez pieniędzy, znajomości, którzy wdarli się na scenę dzięki takim programom  jak Idol, Mam Talent, The Voice of Poland, X Factor. Gdyby nie polowanie na talenty, nie byłoby dzisiaj takich gwiazd jak Brodka, Podsiadło czy Bednarek. A jak to wygląda w Kościele? Młode pokolenie posiada ogromny potencjał. Należy to dostrzec, docenić i pomóc uruchomić. Większa odpowiedzialność spoczywa na przywódcach i osobach starszych wiekiem, które mają autorytet i możliwości, by stworzyć im pole do działania.

Zanim przejdę do sedna, kilka myśli do młodych. Nie skupiajcie się jedynie na dyplomach, ale poszukujcie dobrych mentorów. Dyplom nie jest czymś złym, chyba, że kupiony na poboczu autostrady. Sam dyplom to efekt wiedzy, inteligencji, pracy. Życie wymaga czegoś więcej niż dobrego dyplomu. Umysłowa inteligencja nie idzie w parze z inteligencją emocjonalną. Teoria nie zawsze przeradza się w praktykę. Wiedza powinna ewaluować w stronę życiowej mądrości. A do tego potrzebujecie dobrych mentorów, matek i ojców, praktyków, ludzi, którzy już tę drogę przed wami przeszli. Sztuka polega na przyklejaniu się do takich matek i ojców. Oni nie będą za wami biegać, to wy powinniście biegać za nimi. To coś w stylu postawy Jakuba „nie puszczę cię dopóki mi nie pobłogosławisz”. Powinniście wykradać z ich życia cenne wartości, postawy, słowa. To jest jedyne pozytywne złodziejstwo. W dobie Internetu jest to dużo łatwiejsze, można czerpać inspirację i zdobywać doświadczenie słuchając ich kazań lub czytając artykuły online i e-booki. Może niektórym uda się umówić na rozmowę przez Skype’a. Mimo to zachęcam do bezpośrednich kontaktów z dobrymi mentorami. To, co bardzo osobiste, jest często kluczem do pozytywnej zmiany.

Teraz słów kilka do was, którzy tak jak ja, chcecie stawać się coraz lepszymi poszukiwaczami skarbów. Nie chodzi nam przecież o instrumentalne, lecz o świadome ojcostwo. Przy odkrywaniu charyzmatycznych osobowości proponuję wziąć kilka aspektów pod uwagę.


Uzdolnienia
Czy są ważne? Tylko do pewnego stopnia. Badania pokazują, że najzdolniejsi uczniowie nie odnoszą największych sukcesów w życiu zawodowym i społecznym. Wyprzedzają ich ludzie mniej zdolni, ale za to bardziej rozwinięci relacyjnie i emocjonalnie. Nie wydaje się, by Jezus powołał dwunastu najzdolniejszych. Przypuszczam, że byli to ludzie przeciętni, którym Jezus dał możliwość stać się apostołami Kościoła. O niektórych z nich ewangelie wiele nie wspominają. Może nie wszyscy muszą być nieprzeciętni? Może niektórzy do końca pozostali ludźmi niczym się nie wyróżniającymi? A może osiągnęli coś później? Uzdolnienia nie powinny być  zatem głównym kryterium wyszukiwania. Gdyby chodziło głównie o talent, mało kto z nas miałby szansę. A jednak Pan Bóg się nami posługuje, mimo że w wielu dziedzinach brakuje nam naturalnych zdolności. Zresztą posiadanie talentu jest tak samo wyzwaniem, jak jego brak. Osoby świadome swojego wrodzonego i wyćwiczonego talentu mogą łatwiej stać się niezależne, leniwe i bardziej polegać na sobie niż na Bogu. Wystarczy wspomnieć Absaloma, syna króla Dawida, który za bardzo uwierzył w swoje siły. Osoby nie posiadające pewnych zdolności lub nie świadome ich posiadania mogą z kolei wpaść w kompleksy i nie wierzyć, że mogą dużo w życiu osiągnąć. W obu przypadkach potrzebna jest mądrość i ojcowska zachęta. Bez względu na poziom zdolności, każdy ciągle potrzebuje dużej dawki zachęty. Bez zachęty nasze wysiłki będą pozbawione skuteczności.


Powołanie
Bóg ma ogólny i szczegółowy plan dla każdego z nas. Naszą rolą jest zachęta, by każdy mógł bez kompleksów odkrywać i rozwijać swoje powołanie. Nie jesteśmy po to, by odkrywać to powołanie za innych (nie jestem Jeremiaszem ani Izajaszem, by wyznaczyć kierunek cudzego życia) ani nie jesteśmy po to, by narzucić innym powołanie, które nam się najbardziej podoba. Wydaje się to oczywiste, ale życie pokazuje, że nie zawsze tak jest. Na przykład pastor potrzebuje dobrego asystenta i ma nadzieję, że konkretna osoba spełni te oczekiwania. A tu młody człowiek mówi pastorze, mam inne plany! Zupełnie jak w rodzinie, ojciec leśnik chce, by syn też był leśnikiem, a syn mówi: będę artystą! Należy zaakceptować to, co inny człowiek
nosi w sercu i pomóc mu rozwinąć tę pasję. Szczęście dziecka jest radością rodzica. Ta zasada dotyczy też kaznodziejstwa. Nie każdy szczerze oddany Bogu jest powołany do publicznego przemawiania. Czasem jest to zbyt duże wyzwanie dla mówiącego i słuchaczy! Nie musimy takich ludzi zmuszać do głoszenia kazań, ale zachęćmy, by odkrywali inną przestrzeń służenia Kościołowi. Mam wrażenie, że w obecnej kulturze kościelnej jest zbyt mało miejsca na różnorodność powołań. Można najczęściej wybierać między pastorem, katechetą, liderem młodzieży i muzykiem. To jest strasznie ciasna lista. A może Bóg ma dla kogoś zupełnie inny kierunek, nowe sposoby, nowe obszary aktywności? Czy nie byłoby dobrze zostać kimś, kto zachęci
i zmotywuje do odważnego rozwijania unikalnego powołania?


Kontekst
Nie ma dwóch takich samych sytuacji. Życie wymaga ciągłej elastyczności. Nie da się taśmowo produkować nowych pokoleń przywódców. Zmieniają się czasy i kultura. Może kiedyś wystarczyło  kogoś wysłać do szkoły biblijnej (choć raczej nie wystarczyło) i już mieliśmy człowieka z pasją i dużą Biblią pod pachą. Dzisiaj oferta edukacji biblijnej i służby w Kościele nie jest ani tak atrakcyjna, ani tak poszukiwana. To oznacza, że młodzi ludzie, którzy garną się do służby albo nie zdają  sobie sprawy z tego, czym ona jest, albo są autentycznie przez Boga powołani. Zakładam, że
zdecydowanie więcej jest tych drugich. To z kolei oznacza, że powinniśmy się nimi bardzo interesować i doceniać ich zapał. W innym wypadku staniemy się gatunkiem wymierającym, co nie napawa optymizmem. To wymusza na nas poszukiwanie nowych form, wychodzenia poza znane schematy.


Relacje
Żyjemy w kulturze europejskich postmodernistów. Są to ludzie, którzy korzystają z technologii, równocześnie szukając pozytywnych relacji. Nie są zainteresowani strukturą hierarchiczną. To, że ktoś jest szefem, jeszcze wiele nie znaczy. Z automatu nie darzą autorytetm, raczej szukają ku temu praktycznych powodów. To, że nazywają nas pastorami czy biskupami, czy liderami nie znaczy jeszcze, że idzie za tym chęć naśladowania i podziw, być może tylko należny szacunek. Dzisiaj w zachodnioeuropejskiej kulturze podstawą wpływu nie jest stanowisko, ale relacja. Jeśli chcemy dobrze przygotować kolejne pokolenia, nie stanie się to przez kazania, ale przez bezpośredni kontakt. W swojej praktyce odkrywam i uczę się budowania relacji. Czasem idziemy do kawiarni, czasem spacerujemy po parku. Staram się, by nasze spotkania nie były służbowe, dlatego zwykle nie wybieram kościelnego biura. Poza tym spacer jest świetną formą pogłębiania więzi – nie bez powodu mający się ku sobie młodzi ludzie dużo spacerują. Spacer pomaga się otworzyć, usuwa sztywność, jaką narzuca na przykład gabinet szefa czy pastora. Dlatego polecam spacery, dodam, że w przypadku trudnych rozmów podczas spaceru jest zdecydowanie łatwiej je przeprowadzać. Kawiarnie też są dobrym miejscem. Pokazujemy młodym ludziom, że mają do czynienia z normalnie żyjącym człowiekiem, który lubi dobrą kawę i zna się na życiu. Relacje są ważniejsze od tego, co mamy do powiedzenia. Relacje są ważniejsze od naszych mądrych rad. Relacje powodują, że młody człowiek nie tylko usłyszny o naszym życiu, ale również zapragnie podobnie żyć. Relacje mają również wpływ na to, kim sami się stajemy. Jeśli chcemy napisać e-maila lub esemesa, a przypuśćmy, że zamiast pisać, postanowiliśmy powiedzieć to osobiście, jestem pewien, że zabrzmi to inaczej. Relacja powoduje, że zmienia się dynamika, nastawienie, emocje. Jest wiele książek o przywództwie i o służbie, ale jeszcze nikt nie stał się dobrym człowiekiem przez same książki. Do tego potrzebne są pozytywne relacje. Mamy przed sobą jeszcze wiele okazji, by zrobić coś dobrego dla młodego pokolenia. Przypomina się młody Józef i młoda Maria, którzy na swojej drodze spotkali mądrego Symeona i mądrą Annę. To właśnie ci starsi, doświadczeni ludzie wnieśli w życie młodego małżeństwa inspirację, zachętę, błogosławieństwo. Czy relacje z nami pozostawią podobny ślad?


Wolność
Mam na myśli umiejętność tworzenia przestrzeni i wspólnego uczenia się w tej przestrzeni.

Nikt nie lubi, gdy ktoś cały czas nad nim stoi, zagląda przez ramię, we wszystko się wtrąca i zawsze chce mieć ostatnie słowo. Znam pastorów, którzy kontrolują ludzi jak samoloty z wieży kontrolnej. Kiedy objąłem pastorstwo byłem zdumiony, z jakimi błahostkami ludzie do mnie przychodzili prosząc o moją zgodę czy aprobatę. Upłynęło trochę czasu, zanim zrozumieli, że ja nie muszę o wszystkim decydować i o wszystkim wiedzieć. Tak, są pewne działania i inicjatywy w moim zborze, o których nie wiem i kiedy się o tym dowiaduję nie przewracam oczami, nie robię z tego powodu  afery, wręcz przeciwnie, cieszę się, że ktoś sam wyszedł z dobrą inicjatywą. To jest moja świadoma strategia. Czy zdarzają się wpadki? Oczywiście, często trzeba zapłacić cenę za stworzenie przestrzeni. W tym względzie kieruję się metodami pracy apostoła Pawła. Do liderów zboru w Efezie powiedział: poruczam was Panu i Słowu łaski. To oznacza wypuszczenie spod skrzydeł, zaufanie nowicjuszowi, stworzenie przestrzeni do rozwoju. To w równej mierze oznacza zgodę na popełnianie błędów, zakłada porażki, które są częścią życiowej edukacji. Jestem osobą, która czasami daje zbyt dużo przestrzeni. Wolę jednak dać jej zbyt dużo, niż zbyt mało. Dzisiaj panuje dobry trend przywracania rzadkim gatunkom zwierząt ich naturalnego środowiska. Zwierzęta potrzebują wolności. Tak samo jest z ludźmi. Każdy potrzebuje naturalnej przestrzeni do dobrego rozwoju. Przestrzeń nie oznacza jednak zaniedbania i braku zainteresowania się człowiekiem. Potrzebne są zaufanie, które wypuszcza i miłość, która przyciąga.


Odwrócony mentoring
Nie tylko młode pokolenie potrzebuje nas, ale i my potrzebujemy uczyć się od młodych. Przywódcy kościołów, którzy obawiają się lub ignorują  pryszczatych, rozczochranych młodych ludzi, sami siebie pozbawiają rozwoju. Pokazują tym swoją społeczną ignorancję i religijną pychę. Uczenie się od młodszych wymaga pokory. A przecież potrzebujemy uczyć się od nich kreatywności, komunikacji, obsługi nowoczesnych mediów, interakcji ze społeczeństwem, nowych form budowania relacji. Lista praktycznie nie ma końca, ponieważ świat zmienia się w coraz szybszym tempie i im jesteś starszy, tym trudniej za tym nadążasz. Można nie chcieć nadążać, co skazuje na izolację. Jeśli jednak chcemy cały czas być solą i światłością we
współczesnym społeczeństwie, powinniśmy zapraszać młode pokolenie do wspólnego przewodzenia. Powinniśmy czytać to, co czyta młodzież, oglądać to, co ona ogląda. Inaczej nasz przekaz bardzo szybko stanie się archaiczny. Dobrze jest świadomie otoczyć się ludźmi o 15 – 20 lat młodszymi i uczyć się od nich, jak się współcześnie myśli i żyje.


Pierwsze pokolenie
Przed nami, liderami, ważna decyzja do podjęcia. Możemy prowadzić Kościół z perspektywy pierwszego lub ostatniego pokolenia. Jeśli uważamy się za ostatnie pokolenie, to znaczy, że już nic lepszego i ciekawego po nas nie nastąpi. My osiągnęliśmy wszystko. Jeśli potraktujemy, że jesteśmy pierwszym pokoleniem, otworzymy szeroko drzwi następnym. Którą drogę wybierzemy?