Kościoły wobec lustracji

Paweł Biedziak

 

Wiele Kościołów w Polsce doświadczyło już dramatycznych rozliczeń z przeszłością. Okazało się, że w szeregach duchownych i świeckich byli ludzie, którzy za pieniądze, dla kariery, ze strachu, z usłużności, niekiedy z powodu walki z konkurencją religijną albo chęci zemsty podjęli współpracę ze służbami specjalnymi w latach 1945-1989. PRL upadł, archiwa zostały otwarte i nie ma miesiąca, aby nie pojawiła się jakaś nowa informacja o współpracy duchownych i świeckich z komunistycznym aparatem represji.

Tylko rozmawialiśmy

W każdym z Kościołów pojawiły się głosy krytyczne wobec lustracji. Ich autorzy zarzucają zazwyczaj zwolennikom rozliczenia nieznajomość realiów PRL. – Przecież musieliśmy rozmawiać z władzą – mówią. – Dzięki temu można było przynajmniej coś dobrego dla kościoła załatwić.

Trzeba przyznać, że niekiedy ich argumenty brzmią przekonująco, zwłaszcza jeśli odnoszą się do osób, które w poszczególnych Kościołach były oficjalnie delegowane do kontaktów z władzami komunistycznymi. Rozmowy z esbekami stanowiły niezbędny rytuał, bez którego Kościół nie tylko nie mógłby funkcjonować, ale wręcz narażałby się na różne niebezpieczeństwa. W trudniejszej sytuacji są ci duchowni i świeccy, którzy nie mieli w swoim zakresie obowiązków rozmów z władzami w celu rozwiązywania jakichś problemów wspólnoty. Część z nich tłumaczy, że nawiązywała kontakty z powodów duszpasterskich. Chcieli nawracać esbeków albo ich oswajać, pozyskiwać sympatię i wykorzystać dla dobra Kościoła. Do dzisiaj są przekonani, że rozmawiając wykazali się rozwagą. Ostatecznie przecież coś konkretnego dla Kościoła zyskali lub przed czymś groźnym Kościół obronili.

Bo tak każe Biblia

Są także tacy duchowni i świeccy pełniący funkcje kościelne, którzy przytaczają argumenty biblijne uzasadniające współpracę z władzami komunistycznymi. Zwłaszcza chętnie przywołują fragment z 13. rozdziału Listu do Rzymian: „Każdy niech będzie poddany władzom, sprawującym rządy nad innymi. Nie ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga. Kto więc przeciwstawia się władzy – przeciwstawia się porządkowi Bożemu”. Swoją drogą warto przypomnieć, że to ulubiony fragment wielu tyranów, w tym cara Mikołaja I, pogromcy dekabrystów i powstańców listopadowych, organizatora masowych zsyłek na Sybir.

O czym jednak car oraz inni twórcy teorii opartych na wyrwanych z kontekstu wersetach biblijnych zapomnieli? O tym, co najważniejsze. O miłości Boga i bliźniego ponad wszystko. O tym, że Boga należy bardziej słuchać niż ludzi (Dz 4,19) no i przede wszystkim o kontekście samego 13. rozdziału Listu do Rzymian. We wcześniejszym rozdziale (Rz 12) Paweł zachęca Rzymian do wytrwałości w znoszeniu prześladowań, do trwania w wierze. A trwanie w wierze było wyrazem największego sprzeciwu wobec władców rzymskich. Wyrywanym z tego kontekstu 13. rozdziałem Listu do Rzymian można by usprawiedliwić wszystkich zbrodniarzy wojennych.

Jezus mówi, że co cesarskie należy oddać cesarzowi, ale zarazem dodaje, że co Boskie, należy się Bogu. Biblia nie wzywa wprawdzie do burzenia porządku politycznego, ale nawołuje do przemiany wewnętrznej, która  w istocie zmienia świat i czyni go lepszym. Motorem tej przemiany jest miłość do Boga i bliźnich. Nie ma w Biblii fragmentów, które zachęcałyby do posłuszeństwa władzy za cenę krzywdy bliźniego. Bo właśnie krzywda i związane z nią cierpienie drugiego człowieka, zrodzone z braku roztropności rozmawiających z esbekami, muszą stanowić centrum dyskusji o lustracji. W centrum problemu staje więc miłość bliźniego, a raczej jej brak.

Nie warto się tym zajmować

Są też inni przeciwnicy lustracji. Uważają oni, że szkoda na nią czasu. Szatan, ich zdaniem, podsuwa Kościołowi swoje stare dzieła, aby wierni wciąż się nimi zajmowali, aby uważali je za aktualne problemy, aby się dzielili, spierali, nienawidzili. Zohydzić przeszłość wspólnot chrześcijańskich. Zasiać wątpliwości. Zniszczyć autorytety. Tego chce szatan, dlatego Kościoły nie powinny zajmować się lustracją. Tak w skrócie argumentują niektórzy, zwłaszcza młodzi przeciwnicy lustracji. Tylko że w Biblii opisy zdrad i wyznań grzechów występują stosunkowo często. Pierwotny Kościół nie przemilczał win Piotra, Pawła, Marka i wielu innych. Potrafił z otwartą przyłbicą przyznać się do błędów. Jezusa zdradziła i wydała na śmierć  jedna z dwunastu najbliższych mu osób, człowiek, który chodził codziennie w Bożej obecności. Kościół nie chciał zapomnieć tej historii, nie wymazał jej z pamięci. Apostoł Paweł też nie uważał za stratę czasu wspominania okresu, gdy świadomie współpracował z wrogami Kościoła. 

W archiwach IPN można znaleźć setki teczek świadczących o tym, jak cynicznie zostali potraktowani przez esbeków duchowni, którzy myśleli, że coś dla Kościoła załatwiają, przed czymś go bronią, kogoś nawracają lub prowadzą nakazany w Biblii dialog z władzą. Dodajmy – z władzą, która programowo walczyła z Bogiem i wiernymi wszystkich Kościołów chrześcijańskich.

Który skrzywdziłeś człowieka

Niebezpiecznym motywem podejmowania współpracy, który sprytnie wykorzystywała SB, była obecna wśród duchownych prawosławnych i protestanckich niechęć do Kościoła katolickiego,  częściowo zrozumiała w kontekście wspomnień mniejszości wyznaniowych z okresu sanacji. Do rozmów dochodziło więc z różnych powodów. Po każdej z nich esbecy sporządzali notatki. W konfrontacji z nimi wielu współpracujących przeżywa dzisiaj szok. Bo w notatkach uwypuklone zostały zazwyczaj informacje drugoplanowe. Często główny temat rozmowy jest wręcz nieobecny. Dla prowadzącego rozmowę esbeka ważniejsze są informacje i opinie o innych duchownych, plotki obyczajowe na ich temat, dane adresowe, kontakty w Polsce i za granicą.

Na podstawie sprytnie przeprowadzonej przez esbeka rozmowy powstawał w jego notatkach obraz sympatii i antypatii w Kościele, opis zaangażowania społecznego wiernych oraz ich stosunku do PRL i opozycji, powstawała także mapa wpływów poszczególnych duchownych, ich kontaktów krajowych i zagranicznych. Do czego potrzebna była ta wiedza? Do gry operacyjnej. Do wygrywania jednych przeciwko drugim. Do dbania o karierę tych, którzy sympatyzowali z PRL i rujnowania życia osobistego oraz  ścieżek rozwoju zawodowego tym, którzy wobec ówczesnego państwa byli krytyczni. W jaki sposób? Zakaz wyjazdu za granicę, wieloletni brak awansu w zakładzie pracy, zablokowanie studiów dla dzieci, szantaż, zmuszenie do emigracji, aresztowanie, więzienie, pobicie, skrytobójstwo.

Metod łamania ludzi było wiele. Wokół niezłomnych duchownych i świeckich różnych wyznań działali ich współbracia, gotowi usłużnie, czasem z zazdrości o sławę niezłomnego, do rozmów z esbekami. Na szczęście tych, którzy okazali wierną miłość Bogu i bliźnim, było zdecydowanie więcej niż tych, którzy krzywdzili. Wielki szacunek należy się wszystkim niezłomnym, także tym, którzy mając w zakresie swoich obowiązków kontakty z władzą, w żadnej z rozmów nikogo nie zdradzili. Zachowując roztropną powściągliwość, nie doprowadzili do krzywdy bliźniego.

Cyniczni gracze

Dotychczasowe badania historyków oraz kościelnych komisji wskazują, że obok rozmawiających z obowiązku i powściągliwie, obok krzywdzących brakiem roztropności albo prowadzących rozmowy z niskich pobudek, byli też i tacy duchowni oraz świeccy, którzy świadomie uczestniczyli w grze przeciwko Kościołowi. Zwerbowani przez SB wykonywali zlecone zadania. Wchodzili do ciał kierowniczych, manipulowali innymi przywódcami, a zdobyte informacje wykorzystywali do wykonywania następnych zadań. Wynagradzani, choć nie zawsze pieniędzmi, cyniczni gracze robili kariery, niszcząc konkurentów przy pomocy SB.

Dlaczego współpracowali? Najczęściej wcześniej ich złamano. Szantażowano na tle obyczajowym. Tuszowano wypadki lub przestępstwa. Ale były i inne motywy. Na przykład strach. Po wojnie komuniści zamordowali tysiące swoich wrogów nie tylko po to, aby ich wyeliminować, ale także po to, aby miliony innych przestraszyć. Inną, mało szlachetną pobudką współpracy były chore ambicje. Zostać wpływową osobą przy pomocy SB – dla niektórych duchownych i świeckich stanowiło to wystarczająco atrakcyjną ścieżkę osobistego rozwoju.

Ważne pytania

Przystępując do lustracji, trzeba zadać sobie jednak kilka pytań. Na przykład, czy esbeckie teczki są wiarygodnym materiałem? Czy esbecy zmuszani przez przełożonych do zdobywania informacji, nie kreowali ich? Czy nie wkładali w usta rozmówców informacji zasłyszanych lub przeczytanych w opozycyjnych mediach? Czy w notatkach z rozmów nie znalazły się informacje zdobyte przez esbeków przy okazji podsłuchów? Czy można na drodze do prawdy korzystać z materiałów sporządzonych przez ludzi, którzy Prawdę mieli w pogardzie? I wreszcie, czy przesądzając o upadku lub niezłomności bliźniego można oprzeć się na notatkach zredagowanych przez osoby kierowane przez Złego?

To tylko niektóre z pytań. Są one bardzo ważne dla ludzi wierzących. Rodzą kolejne pytania. W jakim celu kościół ma przeprowadzić rozliczenie z przeszłością? Czy może to zrobić bez sięgania do esbeckich archiwów? Czy takie rozliczenie mogłoby nawiązywać wprost do spotkań Jezusa z grzesznikami?

To ciekawe, że w Piśmie Świętym grzesznicy, których dotknęło przebaczenie Chrystusa, nie są spychani na margines. Zacheusz, Szaweł, Piotr i inni, świadomi swojej słabości, służyli Bogu po nawróceniu z jeszcze większą mocą, nie chowając się po kątach.

Dlaczego tak wielu zwolenników lustracji chce usunięcia w cień ludzi uwikłanych dawniej w kontakty z SB, nawet jeśli dokonała się w ich sercach przemiana i nawrócenie? Wydaje się, że znów w centrum musi stanąć miłość. Tym razem do grzeszników.

Trzeba jednak przypomnieć, że grzesznicy, których dotknęło Boże przebaczenie, publicznie, jak  Piotr, Paweł i Zacheusz, wyznali swoje winy. Albo przynajmniej jak jawnogrzesznica spuszczali głowę. Nie usprawiedliwiali się. A to, czego doświadczyli, przerastało wszelkie wyobrażenia o  Bożej łasce. Piotr, który zdradził Jezusa, usłyszał nad Jeziorem Galilejskim: „Paś owieczki moje!”. __