Drukuj

Szpion

 szpion

 

 

Część II biografii Czesława Rakoczego // Chrześcijanin Jesień 2015
 

Będąc już w wojsku poznałem moją przyszłą żonę Lidię. Bardzo chciałem założyć rodzinę i mieć swój dom. Pamiętałem, że nasza rodzina tj. ojciec i bracia spotykaliśmy się przy wspólnym stole tylko raz w roku na Boże Narodzenie. Przez dobrą chwilę byliśmy trzeźwi a później zbyt pijani by w spokoju świętować. Dlatego marzyłem o rodzinie, gdzie wszyscy domownicy siedzą razem przy stole i modlą się przed jedzeniem i panuje fajna atmosfera. Czasami byłem zapraszany na obiady do rodzin wierzących i widziałem jak powinno być w rodzinie. Szukałem i tęskniłem za czymś takim. Z moją narzeczoną, która była chrześcijanką, często rozmawialiśmy na ten temat, ponieważ bardzo mi zależało na praktykowaniu więzi rodzinnej. Po wyjściu z wojska nie miałem nic (koszulę i spodnie oraz prochowiec wyrzuciłem, bo były mocno zniszczone). Po odbyciu służby wojskowej postanowiliśmy się z Lidzią pobrać. W tym czasie trudno było kupić cokolwiek, a o garniturze ślubnym można było tylko pomarzyć. Tuż przed naszym ślubem zbór w Zielonej Górze (skąd pochodziła Lidzia) otrzymał z zagranicy transport darów a w nim tylko jeden garnitur, który jak się okazało na nikogo z braci nie pasował. Ale na mnie leżał jak ulał. Bóg wiedział, że potrzebowałem garnituru na ślub, bo Bóg jest Bogiem wdów i sierot, jest naszym zaopatrzeniem. Gdy wspominam ten werset do dzisiaj go mocno przeżywam. Nie tylko w tym nam Pan Bóg pobłogosławił, ale również możliwością zamieszkania w Świdnicy. Ze zborem świdnickim byłem emocjonalnie związany, ponieważ jeszcze przed wojskiem przez cztery lata regularnie jeździłem na nabożeństwa. W świdnickim zborze z żoną prowadziliśmy szkółkę niedzielną dla dzieci. Z radością wspominam okres, gdy od czasu do czasu idąc do zboru zabierałem dzieci mojego starszego brata Staszka na szkółkę niedzielną. Mówiłem im, że gdyby tak się zdarzyło, że ich rodzice chcieliby przyjść na nabożeństwo to będziecie znali już drogę.  Pan tak w cudowny sposób sprawił, że droga do zboru dla rodziny Staszka była otwarta. Wkrótce dzieci uczęszczające na szkółkę zaczęły przyprowadzać do zboru inne dzieci. Nie raz widziałem jak pod zbór na ul. Saperów podjeżdżały samochody, z których wysiadały dzieci a rodzice odjeżdżali do domu wstydząc się wejść razem z nimi. Na początku nasza szkółka liczyła troje dzieci a po sześciu latach było ok.25 dzieciaków. Jeszcze przed wojskiem pojechałem na kurs biblijno-umuzykalniający. Oprócz szkółki niedzielnej równocześnie byłem także liderem młodzieżowym.


Po przeprowadzce zboru na ul. Muzealną odnotowaliśmy ogromne przebudzenie, do którego przyczynił się m.in. mój brat Staszek, który pozyskiwał całe rodziny a my dzieci. Nasz zborowy budynek wymagał wielu prac remontowych, często można było zobaczyć braci w jednej ręce z kielnią a w drugiej z Biblią. W tym samym czasie zapisałem się również do Szkoły Biblijnej w Ustroniu.  Pociągało mnie kaznodziejstwo. Dzięki zachęcie ówczesnego pastora Witolda Szpilko mogłem od czasu do czasu usługiwać zborowi. Kiedyś będąc w Warszawie na konferencji Johna Wimbera ( w 1993r.) usłyszałem fragment z Ew. Łukasza 19: 31 o tym, że Jezus posłał uczniów do gospodarza po osiołka, na którym miał wjechać do Jerozolimy. Z tego fragmentu zapamiętałem zdanie PAN CIEBIE POTRZEBUJE. Słowa te utkwiły we mnie mocno, spowodowały, że nie mogłem spać i jeść, ciągle o nich myślałem. Zacytowałem ten fragment mojemu pastorowi, który również był na konferencji, mówiąc nie wiem, do czego Pan mnie potrzebuje, ale ty na pewno będziesz wiedzieć. Pastor Szpilko zaproponował abyśmy z tym pytaniem zwrócili się do prezbitera naczelnego Michała Hydzika, który akurat w tym czasie również przebywał w Warszawie.  Prezbiter naczelny przyjął nas i szczegółowo wypytał mnie, czym się zajmuję w zborze i jakie mam obdarowania. Po chwili namysłu zaproponował mi wyjazd do Strzegomia, ponieważ tam była potrzeba wsparcia kaznodziejskiego.
Po powrocie do Świdnicy opowiedziałem żonie, co przeżyłem na konferencji w Warszawie. Niedługo potem pojechałem do Strzegomia gdzie zastałem tylko cztery osoby, ponieważ zbór był w rozsypce. Specyfika tego zboru była taka, że przez kilkanaście lat pastor dojeżdżał, wygłaszał świetne kazanie a w ciągu tygodnia grupki wiernych się spotykały i według swojego punktu widzenia interpretowały Słowo Boże, a w następną niedzielę pastor prostował niewłaściwą interpretację itd. Zacząłem regularnie dojeżdżać do Strzegomia gdzie postanowiłem od podstaw budować zbór na Bożych zasadach. Głosiłem prostą, szczerą ewangelię i widziałem jak powoli rozpoczął się proces uzdrawiania zboru. Postanowiliśmy z żoną przeprowadzić się na stale do Strzegomia i prowadzić pracę Pańską na miejscu a nie z doskoku. Z pozoru wydawało się sprawą łatwą znaleźć mieszkanie w Strzegomiu, lecz dopiero po roku udało nam się kupić malutki domek z ławeczką, o jakim marzyliśmy. Były właściciel z tego domku wyszabrował wszystko, co się dało nawet kontakty, ale ławeczkę nam na pocieszenie zostawił. Byliśmy pewni, że to jest nasze miejsce, do którego na służbę powołał nas Bóg.  Spotykaliśmy się w wynajmowanym pomieszczeniu, gdzie mieliśmy różne ograniczenia a często niemiłe niespodzianki, dlatego postanowiliśmy szukać własnego lokum. Pastor Gaweł polecił mi kupić teczkę, do której miałem składać kopie podań kierowanych do władz miasta o przydział lokalu na potrzeby zboru. Mówił a jak się przegródka w niej zapełni to będzie czas, że Bóg zacznie działać. Kupiłem porządną skórzaną teczkę, bo czułem, że przede mną będzie bardzo długa droga. Co tydzień chodziłem do burmistrza składając ciągle tej samej treści podanie, ale z inną datą. Po pół roku wszyscy w urzędzie mnie znali i za każdym razem słyszałem, że nic się w pana sprawie nie zmieniło. Burmistrz zapewniał mnie, że jak tylko będzie mógł to nam pomoże. Nie zniechęcała mnie odmowa, ale jeszcze bardziej mobilizowała do dalszego działania. Doszło do tego, że widząc mnie sekretarka od razu bez kolejki kierowała do burmistrza, gdzie ciągle słyszałem negatywną odpowiedź. Ja z kolei zapewniałem go, że zbór modli się o władze miasta i błogosławi ich. Co tydzień modliliśmy się i pościli w intencji otrzymania własnego lokum. Przez trzy lata regularnie, co tydzień odwiedzałem urząd i burmistrza. Przegródka w teczce była zapełniona. Aż w końcu otrzymaliśmy trzy propozycje, ale niestety dwie z nich były nie do przyjęcia przez nas. Trzecia propozycja brzmiała interesująco: hektar wysypiska śmieci, na którym wyrosła ogromna hałda odpadków z kamieniołomów i śmieci. Zbierali się tam pijacy i menele. Zapytałem się burmistrza czy godzi się kościół zbudować na takiej ziemi? A on odpowiedział: tak, bo innej propozycji już panu nie złożę i będę czuł się zwolniony z danej panu obietnicy.  Zaprosiłem braci T.Gawła i P.Cieślara do Strzegomia by doradzili mi, co mam robić. Po obejrzeniu działki nic nie przemawiało za tym, aby podjąć pozytywną decyzję, ponieważ była za miastem, brakowało przyłączy itp. Jeden z zaproszonych braci skwitował krótko: żarnowiec jest tu urodziwy. Miałem własną koparko-ładowarkę i wiedziałem, że nie będę miał trudności z niwelacją terenu. Długo modliliśmy się w zborze o Boże prowadzenie w sprawie podjęcia decyzji. Zbór postanowił zmierzyć się z budową obiektu zborowego całkowicie ufając Bogu w jego zaopatrzenie. Podpisaliśmy z urzędem umowę I tak rozpoczęła się długa i ciężka droga budowania czegoś z niczego.  Nie mając żadnego doświadczenia z umowami na tego typu inwestycje, przez dwa lata z własnych pieniędzy uiszczałem opłatę za użytkowanie wieczyste gruntu, nie chcąc obciążać finansów naszego małego zboru.  Zbór nadal żarliwie się modlił o uwolnienie nas od płacenia tego dodatkowego obciążenia. Wkrótce tak się stało, ponieważ Kościół nasz otrzymał regulację prawną. Wokół budowy zbór zaczął się konsolidować, a gdy o naszym zamierzeniu dowiedział się były pastor zboru br. Brusiło telefonicznie zapewnił mnie, że przywiezie ze sobą ludzi, którzy mi pomogą finansowo. Cieszyłem się bardzo, bo brakowało nam finansów a każdy grosz był potrzebny. W następną niedzielę przyjechał z siostrą w Panu, której wcześniej nie znałem. Na nabożeństwie podczas zbierania kolekty po raz pierwszy w życiu zobaczyłem jak ktoś na ofiarę kładzie 10 tys. złotych. Dokładnie tyle potrzebowaliśmy na doprowadzenie prądu, liczyliśmy, że na zebranie tak dużej kwoty będziemy potrzebować ok. 4 lata. Bo jak budować bez prądu, kanalizacji itp. A tu taka niespodzianka! Po raz kolejny Bóg zaopatrzył nas. Okazało się, że nasi darczyńcy braterstwo Mackiewiczów nawrócili się 25 lat wcześniej w strzegomskim zborze, później wyjechali na Śląsk a następnie na Mazury. Zostali naszymi polskimi głównymi sponsorami niejednokrotnie wspierali nas w budowie kościoła. Na budowie pracowaliśmy wszyscy, wspólnie robiliśmy posiłki, cały czas modląc się o Boże zaopatrzenie i prowadzenie. Zbudowaliśmy makietę naszego kościoła, która stała w naszym zborze i każdy mógł ją obejrzeć, a przy okazji ocenić postęp prac. Na naszych członkowskich spotkaniach dużo rozmawialiśmy o podziale zadań, kto czym ma się zajmować i kiedy, marzyliśmy jak i czym wykończymy naszą salę. Wiedziałem, że jeśli ludzie nie pokochają nowego miejsca to nie będą mieli do niego serca. Mimo, że nadal borykaliśmy się z brakiem funduszy na zakup materiałów budowlanych, każdy z nas starał się wspierać budowę tym, co miał, np. workiem cementu, deskami, gwoździami itp. Na bieżąco ogłaszaliśmy ile i czego potrzebujemy do budowy drewnianego baraku do przechowywania narzędzi i materiałów. Kiedy rozpoczynaliśmy budowę baraku okoliczni mieszkańcy przychodzili i dziwili się, co my robimy na wysypisku śmieci, niektórzy mówili fajnie się będzie palił. Zrozumiałem ich ostrzeżenie, dlatego rozpoczęliśmy dyżurowanie na budowie (w dzień kobiety a w nocy mężczyźni) jak się później okazało był to ewenement w skali kraju. W tym czasie nasza społeczność liczyła ok. 20 członków. Niektóre siostry chciały żeby z budowy wydzielić im miejsce na mały ogródek to chętnie będą stróżowały, bo przy grządkach czas szybko im minie. I tak też zrobiliśmy, posadziliśmy drzewka owocowe, wydzieliliśmy grządki, przygotowaliśmy beczki do łapania deszczówki, bo nadal nie mieliśmy doprowadzonej wody. Często na budowę przyjeżdżali wierni z innych zborów wspierając nas w modlitwach, były proroctwa dot. miejsca i domu modlitwy, że Pan zatroszczy się o nas. Wszystkie proroctwa spisaliśmy i są w archiwum zborowym, po to, aby nasi następcy znali swoja ojcowiznę. Podsumowując okres budowy z dumą muszę powiedzieć o tym, że ukończyliśmy ją w miarę szybko nie biorąc przy tym kredytów ani nie mając długów, ponieważ nad wszystkim czuwał Bóg. Ponad 98 procent członków regularnie przynosiło do zboru swoje dziesięciny a nawet dzieci wpłacały swoją po 1,50 zł. Niezależnie od zbierania funduszy na budowę, zbór regularnie wspierał programy misyjne polskie i zagraniczne. Nie byliśmy tylko zborem biorącym, ale także dającym. Leżała mi na sercu misja ewangelizacyjna w Strzegomiu i modliłem się gorąco o to abyśmy do nowego domu modlitwy przyszli z podwojoną liczbą członków. I tak też Pan dawał wzrost, w trakcie budowy ludzie również się nawracali. Zbór liczył 24 członków w tym 17 liderów. Starałem się spotykać z liderami, co dwa tygodnie a czasami, co tydzień, nie podejmowałem decyzji bez ich wiedzy. Dlatego nie mieliśmy konfliktów między sobą.  W ankiecie członkowskiej zadawałem pytanie:, po co chcesz być członkiem naszego zboru i w jakiej dziedzinie chcesz mu służyć?  Byliśmy zajęci nie tylko budową, ale również pomagaliśmy nowopowstającemu zborowi w Świebodzicach. Wpadliśmy na pomysł urządzenia w kościele licytacji garnków, doniczek, wisiorków, mebli itp. Jedna osoba przyjmowała, inna wyceniała a w niedzielę wieczorem licytacja.  Zebraliśmy dla Świebodzic 1800 zł, chociaż mało, kto wierzył, że uzbieramy taką kwotę. Ostatnio dwukrotnie z licytacji przekazaliśmy pomoc dla Boguszowa-Gorców. Na nasze licytacje przychodzą często ludzie z miasta, tzw. łowcy okazji.  Gdy nie mieliśmy pieniędzy na krzesła do sali zborowej, zaproponowałem, aby każda rodzina kupiła dla siebie i swoich przyjaciół. Trzeba ludzi zmotywować, bo ludzie mają pieniądze, ale chcą dawać na konkretny cel. Bardzo przestrzegamy, aby księgowość zborowa była jawna. W każdą pierwszą niedzielę miesiąca skarbnik otwiera księgę przychodów i rozchodów dla członków zboru. Aby przypadkiem nie zalęgła się myśl, że dałem pieniądze a nie wiadomo, na co wydali, dlatego zawsze pytałem zborowników byłeś i oglądałeś księgę? Na naszych radosnych spotkaniach członkowskich moja bliska współpracownica ds. administracji Oksana Dobrowolska (obecnie Wasilewska) zawsze szczegółowo referowała o działalności zborowej, także miło było słuchać dobrych wiadomości. Zresztą każde nasze pomieszczenie ma spis inwentarzowy. Wiedziałem, że kiedyś nadejdzie czas przekazania zboru Pańskiego mojemu następcy, dlatego dokładałem wszelkich starań, aby administracja i finanse były prowadzone wzorowo i rzetelnie. Refleksja jest taka, że po wielu latach możemy powiedzieć, że wyszliśmy z niczym a teraz tyle mamy.


Siedem lat temu wracałem z okręgowego kongresu Kościoła Zielonoświątkowego z Brzegu Dolnego i zasnąłem za kierownicą, ponieważ tak bardzo byłem zmęczony z przepracowania. Samochód był do kasacji, ale Pan mnie w cudowny sposób zachował. Odebrałem to, jako sygnał ostrzegawczy dla mnie. Co prawda byłem dwukrotnie na odpoczynku dla „zajechanych pastorów” i na jakiś czas pomogło. Wśród moich parafian zacząłem rozglądać się za moim następcą. Przypomniałem sobie, że kiedyś nawrócił się młody chłopak, który po jakimś czasie powiedział mi, że chce zostać pastorem. Wezwałem go i przypomniałem mu jego wyznanie sprzed lat pytając czy nadal jest zainteresowany. Odpowiedział, że teraz nie a ja na to, że teraz to ja chcę żeby nim został. Rozmawialiśmy ze sobą bardzo długo, zapewniłem, że będę się o niego modlić, a jak przyjdzie na to czas to zostanie pastorem tego zboru. Dałem mu pierwsze zadanie: założenie rodziny, które po roku wykonał.  Drugim zadaniem była szkoła biblijna. Gdy je usłyszał od razu zaczął mówić, że nie jest zainteresowany pastorowaniem. Wahał się długo, ale ja nie ustępowałem, motywowałem i zachęcałem aż postanowił rozpocząć naukę w Warszawskim Seminarium Teologicznym. Rozpoczęła się również moja praca polecania go okolicznym zborom, jako dobrze zapowiadającego się kaznodzieję. Wysyłałem do zborów, gdzie szlifował swój kaznodziejski kunszt, a w zamian zbory wpłacały na nasze konto ofiarę. Pieniądze z ofiar były przeznaczone na pokrycie wszystkich jego wydatków związanych ze studiami. Zawsze to podkreślałem, że kościół go wykształcił i ma z oddaniem służyć kościołowi. Po ukończeniu trzyletnich studiów powrócił do zboru, staż liderski odbywał w świdnickim zborze gdzie otrzymał propozycję pozostania na stałe. Dałem mu wolną rękę, w którym zborze chce służyć, chociaż bardzo chciałem żeby wybrał Strzegom.  Odetchnąłem z ulgą, gdy usłyszałem, że zostaje z nami. Zwróciłem się do Rady Starszych z prośbą o przyjęcie mojej rezygnacji z funkcji pastora, wszyscy zadawali to samo pytanie:, dlaczego? Odpowiadałem, że mam następcę i dziękowałem Panu Bogu za wysłuchaną modlitwę, że dożyłem chwili gdzie w sposób Boży i kulturalny mogę przekazać zbór. W 2015r. bilans zboru przedstawiał się następująco: 41 członków, 7 kaznodziejów usługujących i 3 niezależne grupy uwielbiające. Mój bilans jest następujący: w 1995r. zostałem powołany na pastora strzegomskiego zboru, w 2009r. ordynowany na prezbitera a w 2015r. zakończyłem służbę pastora zboru.


Co my zabierzemy ze sobą do nieba? Często zadawałem sobie to pytanie. Czy obiekty, które budujemy, czy zabierzemy ludzi.? Wiem, że będą to ludzie. Od początku starałem się wpływać na ludzi, tak jak kiedyś na mnie. Z Bożą pomocą zbór strzegomski wyposażył do pracy Pańskiej w innym zborze wspomnianą powyżej siostrę Oksanę Wasilewską, która obecnie jest dyrektorem Chrześcijańskiego Ośrodka dla Osób Uzależnionych w Janowicach Wielkich. A drugą osobą, na którego rozwój duchowy miałem wpływ jest brat Michał Sznabel mój następca, obecnie pastor zboru w Strzegomiu. Obiecałem Michałowi, że będę go wspierać i modlić o Boże prowadzenie dla jego służby w tym drogim dla mnie zborze, że nie będziemy się wzajemnie krytykować, ale wspierać i zachęcać. Chcę być wierny tej obietnicy.  


Co straciłem? Mój najstarszy syn powiedział mi kiedyś, że najbardziej potrzebował miłości ojca. Teraz próbuję odbudować relację z moim synem, który ma 32 lata i twierdzi, że na kolonię już ze mną nie pojedzie. Wcześniej zanim rozpoczęliśmy budowę kościoła, z zaprzyjaźnionymi rodzinami wyjeżdżaliśmy na wczasy w okolice Słubic nad jezioro. Mieszkaliśmy różnie, w przyczepach bądź namiotach a wieczorami przy ognisku śpiewaliśmy pieśni, mówiliśmy świadectwa. Moje dzieci ucierpiały na tym, że w trakcie budowy kościoła nie mieliśmy czasu na wspólne wyjazdy rodzinne, nie miałem czasu dla dzieci i żony. Do dzisiaj żal mi straconego rodzinnego czasu, boli to moich najbliższych, chociaż wiele razy za to ich przepraszałem. Wiedziałem, że w naszych realiach z budową (przy permanentnym braku finansów) nie da rady inaczej postępować jak tylko prowadzić ją systemem gospodarczym głównie opierając się na własnej robociźnie. Wielokrotnie „przywracałem” tzw. drugie życie przedmiotom, które dla innych ludzi stały się bezwartościowe, a dla nas budowniczych miały swoją wartość. Przez te lata budowy kościoła równocześnie prowadziłem własną firmę usługową, niestety nie rozwinąłem jej działalności z braku czasu i funduszy, ponieważ jak trzeba było to wyciągałem swoje pieniądze i regulowałem należności. Praca na budowie i zarobkowa bardzo absorbowały mój czas. Do dziś nadal pracuję na mojej starej koparko-ładowarce… Łaska Boża tak bardzo mnie zmieniła, najważniejsze, że widzę jak wiele Bóg dla mnie zrobił. Gdzie byłbym gdyby nie Ty Boże, gdzie byłbym gdybym nie wybudował kościoła, przypominają mi się słowa starej pieśni.


Niektórzy zadają mi pytanie czy czuję gorycz, że nie mam nic do powiedzenia tylko siedzę w ławce.  Ale ja jestem naprawdę zbudowany nabożeństwami, płaczę ze szczęścia, że wszystko pięknie toczy się dalej. Ktoś w kazaniu powiedział kiedyś, że poprzez historię zboru widzi proroczy obraz: Czesław wybudował część podziemną zboru, która pięknie funkcjonuje bez względu na suszę, deszcz czy wichurę gdyż ma solidny fundament, Michał będzie pielęgnować drzewo, aby się zazieleniło i rozrosło. Wielkim dla mnie osobiście zaszczytem było zlecenie mi przez kościół pracy na Bożej niwie w Strzegomiu. Zmianę pastorską traktuję, jako normalną kolej rzeczy, tak jak jest z dziećmi, które dorastają i wyprowadzają się z domu rodzinnego, jest to dla mnie kolejny etap w życiu. Dziękuję Bogu, że moja rezygnacja nie była wymuszona ani nie odbyła się w świetle skandalu czy z powodu wypalenia, ale dobrowolnie z wdzięcznością, jako sługa Pański przekazałem nowemu pasterzowi zdrową trzodę owiec. Dziś należy do Pana a jutro nie należy już do nas. Różne były przeżycia w moim życiu góry i doliny, ale było warto, bo lepiej stracić życie niż je zmarnować. Czy można usiąść i powiedzieć ja już wszystko zrobiłem?  Powiedziałem mojej żonie, że nie mogę zmarnować tego, co Bóg mi dał, bo duch Kaleba wraca. Mam 59 lat nie boję się góry ani wysypiska śmieci, nie boję się wyzwań, bo wiem, że Pan Bóg się mnie dotyka. Teraz jestem na urlopie, odpoczywam i modlę się o Boże kierownictwo dla dalszej mojej służby. Oczekując na Boże wezwanie, jem i piję z Bożego źródła. Czekam na zadanie, jakie w swoim czasie przydzieli mi Pan. Czekam i nabieram sił.


Opracowała: KC